John Green "Gwiazd naszych wina"
"Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy. Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się, że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo."Boże! Co ta powieść ze mną zrobiła! NIGDY wcześniej nie czytałam książki równie wyjątkowej, tak niepowtarzalnej! Magia? Najprawdopodobniej, gdyż nie znajduję innego wytłumaczenia. Uśmiechałam się pod nosem, powstrzymywałam napływające do oczu łzy, śmiałam się jak głupia, wzdychałam, przeklinałam powieść i jej autora, po czym z trzaskiem zamykałam ją, płakałam jak nigdy dotąd. I to wszystko na przestrzeni trzystu stron! Jak to mówią, minimum formy, maksimum treści. Okay, okay (swoją drogą, te słowa często pojawiają się w książce), jest to raczej standardowa objętość powieści, lecz, choć raczej nie przepadam za opasłymi tomiszczami, liczącymi powyżej 600 stron, to zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby „Gwiazd naszych wina” została znacznie poszerzona. Piękny język, charakterni bohaterowie, znakomicie zaplanowana fabuła - halo! Panie Green! Ja błagam o więcej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz