Nicholas Sparks - Prawdziwy cud
"Jeremy Marsh jest wschodzącą gwiazdą mediów, dziennikarzem śledczym, ktorego specjalnością jest pisanie demaskatorskich artykułów o 'rzeczach niezwykłych' - nietypowych koncepcjach naukowych, rzekomych zjawiskach nadprzyrodzonych, jasnowidzach i uzdrowicielach. Realista, sceptyczny od urodzenia, lubi swoją pracę i dlatego bez wahania przyjmuje zaproszenie przyjazdu do miasteczka Boone Creek w Północnej Karolinie. Miejscowy cmentarz jest ponoć nawiedzany przez duchy dawnych niewolników. Ilekroć nadciągnie mgła, tajemnicze błękitne światełka zdają się tańczyć na kamieniach nagrobnych. Po przyjeździe, wbrew sobie, Jeremy zaczyna interesować się prześliczną młodą bibliotekarką Lexie Darnell. Specyficzna atmosfera małej miejscowości, w której wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko, absorbująca tajemnica oraz atrakcyjna kobieta sprawią, że Marsh przeżyje pierwszy w swoim życiu prawdziwy cud..."Język powieści z pewnością można nazwać lekkim, całość czyta się bardzo szybko i przede wszystkim przyjemnie. Styl autora jest ciekawy i wciągający, sama pochłonęłam powieść w jeden wieczór. Wielkim plusem są również często zabawne dialogi.
Jest to z pewnością obowiązkowa pozycja dla fanów twórczości Nicholasa Sparksa. Nie będę jednak ukrywać, że jest ona słabsza od pozostałych, jak choćby "Szczęściarza", czy "Ostatniej piosenki". Szybko się ją czyta, jednak wydarzenia i wszystko co jest w niej zawarte wydają się nudne i bezbarwne. Sparks jak zwykle kieruje się dawno już przez siebie zatartym, prostym schematem pisania. Książka jest przejrzysta, prosta, opisuje historię, która mogłaby się przydarzyć każdemu z nas, ale jednocześnie zawiera w sobie coś, co sprawia że jednak tak nie jest. Jednak nie ma w sobie tego czegoś, za co pokochały autora miliony czytelników na całym świecie. Mimo obiecującego tytułu i historii, całość nie zawiera w sobie zbyt wiele magii, pomijając zakończenie, które może raz na zawsze utwierdzić w przekonaniu, że... cuda się zdarzają.
Książkę przeczytałam niemal jednym tchem... Zaczyna się jak typowa amerykańska komedia romantyczna: Jeremy i Lexie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ona natychmiast zachodzi w ciążę, lecz to wcale nie problem, wręcz przeciwnie, bo dziecko tylko umocni ich związek.
Na następnym etapie mamy coś w stylu kryminału romantycznego, jednakże nie zdradzę szczegółów. Ja właśnie tak do tego podeszłam. Nie mogłam skończyć, bo ciągle chciałam wiedzieć, co będzie dalej.
Zakończenie... powaliło! Gdyby nie fakt, że podejrzałam koniec książki byłoby dla mnie zupełnie niespodziewane. Inne zakończenie miałabym na myśli. Ma się żal do autora za to, jak potraktował głównych bohaterów. Cały ostatni rozdział przeczytałam przez łzy.
Polecam mimo wszystko tę książkę, bo nie zawsze w naszym życiu jest pięknie i kolorowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz