John Green - Szukając Alaski
Na pierwszy rzut oka historia dość popularna, znana i oklepana. Młody outsider, jakich wielu w powieściach młodzieżowych (żeby czytelnicy mogli bardziej się wczuć w sytuację bohatera?) wyjeżdża do szkoły poza miejscem zamieszkania, tam poznaje przyjaciół, którzy są troszkę zwariowani, nie da się przy nich nudzić. I tak zaczynają tworzyć swoją własną, małą i elitarną grupę, w której są szczęśliwi, napruci i wolni.
Jednak John Green dokonał czegoś niebywałego, stworzył powieść, w której śmiech przeplata się ze smutkiem, bólem i inteligentnymi dialogami pomiędzy postaciami. Nie powiedziałabym, że jest to typowa młodzieżówka, gdzie Smerfy są dobre, a Gargamel zły. Wszyscy mają w sobie coś dobrego, ale także popełniają błędy. Przez to są tacy ludzcy i interesujący.
Miles'a poznajemy w momencie gdy jego matka postanawia urządzić dla niego przyjęcie pożegnalne - Miles wyjeżdża bowiem do internatu w poszukiwaniu Wielkiego Być Może. Chłopak nie miał przyjaciół i wiedział, że na przyjęciu tłumów nie będzie (wcale nie było mu z tego powodu jakoś specjalnie przykro), matka natomiast "obstawała przy swoim, trwając w błogich złudzeniach, że przez te wszystkie lata ukrywałem przed nią swoją popularność".
Kolejne rozdziały to odliczanie - "128 dni PRZED", "50 dni PRZED" itd.
Coś ma się wydarzyć, tylko co?
Bardzo polecam tę książkę ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz