poniedziałek, 26 stycznia 2015

W śnieżną noc

Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle - "W śnieżną noc"

"Punktem wyjścia jest burza śnieżna, która w Wigilię kompletnie zasypuje miasteczko Gracetown. Na tle lśniących białych zasp pięknie prezentują się prezenty przewiązane wstążeczkami i kolorowe światełka połyskujące w nocy wśród wirujących płatków śniegu.
Śnieżyca zamienia małe górskie miasteczko w prawdziwie romantyczne ustronie. A przynajmniej tak się wydaje… Bo przecież przedzieranie się z unieruchomionego pociągu przez mroźne pustkowia zazwyczaj nie kończy się upojnym pocałunkiem z czarującym nieznajomym. I nikt nie oczekuje, że dzięki wyprawie przez metrowe zaspy do Waffle House uda się odkryć uczucie do wieloletniej przyjaciółki. Albo że powrót prawdziwej miłości rozpocznie się od nieprzyzwoicie wczesnej porannej zmiany w Starbucksie. Jednak w śnieżną noc, kiedy działa magia Świąt, zdarzyć może się wszystko…"

Siłą każdego z opowiadań są zabawni i charyzmatyczni bohaterowie. Nie są zbyt dokładnie przedstawieni, bo w końcu w krótkich opowiadaniach nie ma na to czasu, ale każdy ma jakąś cechę, która go wyróżnia. Bardzo podoba mi się fakt, że opowiadania są ze sobą ściśle powiązane, bo dzięki temu nie musiałam się zbyt szybko rozstawać z tak sympatycznymi postaciami. Zresztą te połączenia są tak fantastyczne, że w zasadzie można W śnieżną noc uznać za spójną całość. Mimo to, żałuję, że nie są to osobne, długie powieści, bo żal było kończyć każdą z tych historii. Czyta się je naprawdę wybornie, a przy tym nie da się nie zarazić tym magicznym klimatem. W dodatku opowiadania poruszają typowe nastoletnie problemy, ale zamiast moralizować - są zabawne, a niekiedy nawet lekko ironiczne i dlatego jestem pewna, że przekonają do siebie niejednego nastolatka.

Pierwsze opowiadanie, "Podróż wigilijna" ogromnie mi się spodobało. Było ono lekkie i przezabawne, a postacie nieprzeciętne i intrygujące. Dawno nie czytałam czegoś tak przyjemnego. Bo to słowo najlepiej określa całą tę historię, jak i styl pisania autorki, który również ogromnie przypadł mi do gustu. A zrobił to na tyle, że jak tylko będę miała okazję, to spróbuję zapoznać się z inną twórczością Maureen Johnson.
Kolejnym było opowiadanie Johna Greena, które było całkiem przeciętne. Momentami czułam się jak w głupawej komedii, kiedy cała zgraja idiotów biegnie do jakiegoś celu, w tym przypadku do kawiarni (tylko dlatego, że są tam cheerleaderki), przepychając się między sobą i ślizgając na śniegu. Zakończenie nie było specjalnie zaskakujące. Wiem, że zapewne narażam się fanom Greena, ale tak tylko mówię. Ta historia była po prostu "ok".
Trzecie opowiadanie było trochę dziwaczne i nie przypadło mi do gustu jakoś szczególnie, ale tragedii nie było. Cała historia wydała mi się nieco naciągana, zwłaszcza wszystko co związane z aniołami stróżami i tym podobną magią świąt. Jednak to w nim był przeuroczy ostatni rozdział. Ogólnie bardzo podoba mi się połączenie ze sobą tych wszystkich historii, to że wciąż przeplatają się ze sobą. Ogólnie lekturę tej książki uznaję za przyjemną. Była lekka, miejscami nieco zbyt banalna, ale jednak odpowiednia. 


Książka bardziej do zrelaksowania się, niż do dogłębnego przeżywania historii bohaterów. Polecam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz